Dzieci, którym śmiertelnie zachorował ktoś bliski

„Osłaniając kaniony przed sztormami, nigdy nie ujrzymy ich żłobionych urwisk”
Elisabeth Kubler-Ross

Dzieci reagują na śmiertelną chorobę rodzica – różnie, w zależności od tego, jak były wychowywane. Jeżeli rodzice sami nie boją się śmierci, jeżeli zamiast osłaniać  dziecko opowiadali mu o niej, pozwolili być przy tym, kiedy chorowała i umierała babcia, jeżeli dziecko mogło opiekować się w domu chorym lub umierającym rodzicem, być na pogrzebie, to nie ma z dzieckiem żadnych problemów.

Często rodzina głowi się, jak przygotować dziecko na to, że jego ojciec albo matka są umierający. Można wtedy poprosić dziecko, aby coś narysowało. Rysunek powie ci, ile i co dziecko wie o śmierci czekającej matkę albo ojca. Porozmawiaj z dzieckiem o tym, co narysowało i co to oznacza. W ten sposób to nie ty opowiesz dziecku  o zaistniałej sytuacji, to dziecko opowie tobie.

Powinno się pozwalać młodym ojcom i matkom umierać w domu. Najmłodszemu dziecku można na przykład powierzyć wybór ulubionej muzyki dla mamy, drugie odpowiedzialne jest za podanie herbaty, trzecie jeszcze za coś innego. W ten sposób dzieci biorą udział w opiece nad rodzicem. I kiedy umierający nie może już mówić lub jest nieprzytomny, dzieci nadal mogą być z nim – tulić się, dotykać, obejmować, okazywać miłość.

Potem można dzieciom powiedzieć, że mama jest nieprzytomna; że żyje jakby schowana w jakimś „kokonie”, ale nadal żyje; że może nadal słyszeć to, co mówią, że może nawet słuchać muzyki. Ale nie może już ani mówić, ani odpowiadać. Jeśli pozwoli się dzieciom brać udział w całym tym procesie, nauczą się czegoś bardzo pięknego. A gdy już nadejdzie „ten moment” – wyjaśnij dziecku, że dusza niczym motyl opuściła „kokon” i pofrunęła prosto do nieba.

Natomiast, gdy mama przebywa w szpitalu, i dzieciom nie można przychodzić w odwiedziny – wtedy będą mieć koszmarne sny o tym, co się dzieje z matką, a raczej o tym, co przypuszczają, że się z nią dzieje. Jeśli na dodatek nie będą mogły iść na pogrzeb, będą miały masę lęków i „nie załatwionych spraw”, być może przez wiele następnych lat. Dziecka nie można „trzymać pod kloszem”. Sprowadza się to tylko do jednego – człowiek chroni samego siebie, pozbawiając jednocześnie dziecko możliwości rozwoju i przygotowania do życia. Gdybyśmy my dorośli potrafili przekazać dzieciom, co sami myślimy, czujemy, gdybyśmy nie byli zażenowani, z tego powodu, że płaczemy… Gdybyśmy pozwolili dzieciom uczestniczyć w życiowych sztormach, byłoby im łatwiej żyć.

Niektóre fragmenty artykułu zostały zaczerpnięte z książki autorstwa amerykańskiej lekarki – psychiatry Elisabeth Kubler-Ross „Życiodajna śmierć”. Książka ta ma olbrzymie walory wychowawcze – pomaga walczyć z naszymi słabościami. Stanowi wzorzec postaw ludzkich, a nade wszystko uczy miłości do ludzi.

Anita Kafel
Dyrektor Poradni Psychologiczno – Pedagogicznej